|
Artykuł
14 grudnia 2010 (12:01)
Nie wezmą nas na Expo do Szanghaju - rozmowa z Buniem
Dlaczego nie ma już Dick4Dick? Tak na dobrą sprawę Dick4Dick jest, ale też go nie ma. To trochę buddyjskie podejście do sprawy. Nazwa zmieniła się dlatego, że troszeczkę chcieliśmy zerwać z przeszłością, ale nie zrywając z nią. Troszeczkę chcieliśmy podkreślić zmiany personalne, zmiany muzyczne. Poza tym z nazwą Dick4Dick nie wezmą nas na Expo do Szanghaju. Generalnie chcieliśmy zostawić pewne rzeczy za sobą, ale nie chcieliśmy ot tak zrywać z przeszłością, bo wypracowaliśmy sobie dużo rzeczy. Wcześniej i tak wiele osób mówiło "D4D", teraz wiele wciąż mówi "Dick4Dick", więc ta zmiana nazwy z jednej strony ma znaczenie, z drugiej strony nie. Założeniem Dick4Dick było "ciągle się zmieniać", tymczasem przy okazji "Who's Afraid Of?" mówicie, że ta płyta jest w pewnym sensie powrotem do Waszego debiutu "Silver Ballads". To nie jest nawiązanie wprost. Oczywiście nowa płyta nawiązuje do pierwszej energetycznie, a także jeśli chodzi o jakąś ideę tańca i zabawy podczas koncertu. Taneczność jest tutaj fasadą, zresztą bardzo istotną. Ale pod nią kryje się bardzo dużo treści. Jeśli ktoś słucha płyty, widzi, że nie jest ona taka prosta i generalnie na cztery czwarte. Na pierwszym koncercie obecnej trasy odkryłem, co to znaczy mieć publiczność, która tańczy. Chcę, żeby tak było cały czas. Tak jak wcześniej zmienialiśmy się z płyty na płytę, tak teraz zmianą będzie... brak zmian. Czyli na kolejnej płycie D4D pójdzie w tym samym kierunku co teraz? Tak, chcemy zostać w tym klimacie na jakiś czas. Na pewno na dwie płyty, a co będzie później – czas pokaże. Uznaliśmy, ze bardzo nam się taka muzyka podoba, że jest bardzo... nasza. Nie chcę tutaj budować żadnych konstrukcji z nadrzędnie złożonymi zdaniami. To jest po prostu nasze i tyle. Taka muzyka wynika jakoś jednoznacznie i naturalnie z naszego jestestwa. Nie będziemy teraz zwodzić słuchacza i zostaniemy przy tym. Przynajmniej na razie. Od jakiegoś czasu pojawiasz się gościnnie przy okazji rozmaitych płyt. Wystąpiłeś m.in. na płycie Foxa "Box". Czy to odbija się jakoś na wzroście popularności D4D? Z Foxem było tak, że jego płyta została zauważona mniej więcej na tym samym poziomie, co nasze rzeczy. Także nie ma tu mowy o jakimś wzroście popularności, który może się dzięki temu odbyć. To ten sam level jeśli chodzi o uczestniczenie w scenie. Fox nie jest mainstreamowym projektem. Gdzieś tam to zaistniało w rozgłośniach radiowych, miałem zresztą to szczęście, że utwór, w którym śpiewam ("Belly of the Beast" – przyp. MK), pojawił się jako singiel. Nagrałem to, bo po prostu lubię uczestniczyć w rozmaitych projektach. Często mnie zapraszają, zupełnie nie wiem dlaczego. Jako wokalista wiem, co umiem, ale wiem też, czego nie umiem. Coś tam mogę, ale nie jestem jakimś wokalistą sensu stricto, który gdzieś tam potrafi wszystko zrobić. Po prostu coś tam mi wychodzi i tyle. To nie jest jakaś fałszywa kokieteria i skromność, tylko tak zwyczajnie jest. Ostatnio brałem udział w koncercie upamiętniającym kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Czasem występuję gdzieś po prostu jako wokalista. Do dziś mnie to dziwi. Pojawiasz się gościnnie tu i tam, ale na "Who's Afraid Of?" również znalazło się sporo gości. Z czego to wynika? Głównie z tego, że po prostu możemy. To są nasi przyjaciele. Nasze środowisko jest na tyle nieduże, że wszyscy się tam znamy, jesteśmy wielką bandą kolesi i koleżanek. Tak się składa, że mnóstwo tych osób jest piekielnie zdolnych, osiągają jakieś sukcesy. Kiedy możemy kogoś zaprosić, bardzo chętnie to robimy. To wynika też z tego, że mamy swoje miejsce, swoje studio. Nie ogranicza nas czas. Nic nas nie ogranicza, więc możemy nad tym pracować kiedy i jak długo chcemy. Szkielet utworu zawsze powstaje szybko, później rozbudowujemy te rzeczy. Burza mózgów polega na tym, że siadamy i mówimy: a może jeszcze to, może to, może by tak tamto? Nasz wewnętrzny chaos ciągle pcha nas do przodu. Dużo mieszamy, łączymy stylistyki. Niektórzy uważają, że efekty są czasami wieśniackie, ale staramy się to łączyć tak, żeby miało ręce i nogi. Mamy tupet, potrafimy być bezczelni. Robimy sporo rzeczy, które gdzieś z pozoru mogą się wydać bezsensowne i karkołomne. Mamy na nowej płycie sekcję dętą, mamy smyczki, mamy dużo kobiet. Potraktowaliście kobiety dość wyjątkowo. Zupełnie wyjątkowo. Dziewczyny wydają z siebie nieartykułowane dźwięki, różne jęki, stęki i rozmaite zaśpiewy. Tworzą taki niewerbalny przekaz. Traktujemy je na tej płycie trochę jako pomnik. Pomnik przecież często dobrze wygląda, ale nic do ciebie nie mówi. Wynosimy je tutaj na piedestał. To jeszcze lepsze, niż gdyby miały zaśpiewać teksty napisane przez kogoś tam. Teksty piosenek opowiadają tylko jakiś wycinek historii, a jeśli Gaba Kulka zaśpiewa "auu" to znaczy... właściwie nie wiadomo co. Może znaczyć dużo więcej niż znaczy. Koncept był taki – zaprosimy kobiety, żeby pokazały, kim są. Że znaczą znacznie więcej niż mężczyźni. Więc koniec z wizerunkiem skrajnych macho? Każda kreacja ma początek i koniec. Nie chcieliśmy specjalnie przywiązywać się do żadnej łatki. Otworzyliśmy nawias, używaliśmy jakiejś stylistyki, a potem zamknęliśmy nawias. Teraz robimy coś innego. Nie zmienia się jedno – to style służą nam, a nie my im. Czerpiemy garściami ze wszystkiego, co się nam podoba. Cała ta otoczka macho była jakimś wielkim przedstawieniem. Był czas na zabawę z szowinizm i maskulinizm, był czas na lejący się kefir.
Redaktor: Maciej Kancerek, Wyświetleń: 298 [do góry]
Podobne
ARTYKUŁY
Sklep - losowe towary
|
Wywiady
Statystyka
|